niedziela, 14 kwietnia 2024 Imieniny: Berenika, Walerian

Dwa teatralne wieczory

To był wyjątkowy weekend dla aktorów Teatru Maska, ale sądząc po reakcjach Publiczności, także dla Widzów – tych wiernych, ale i tych, którzy dotarli do nas po raz pierwszy. Skąd wiemy, że po raz pierwszy? Z telefonów i zapytań, które wskazywały, że dla rozmówcy będzie to pierwsze spotkanie z aktorami Maski, a także pierwsze zetknięcie z uroczą salą teatralną Pałacyku „Sokół”; z kuluarowych rozmów i miłych słów po zakończonych spektaklach. Zawsze buduje i dodaje skrzydeł ciepły odbiór publiczności, żywa reakcja podczas spektaklu, ta niezwykła nić porozumienia aktor – widz, która nadaje sens pracy każdemu artyście.  To cudowne, że od 27 lat wciąż tworzymy i mamy dla kogo.

Wracając jednak do lutowego weekendu, który spędziliśmy w gorącym (za sprawą „bezklimatyzacyjnej” aury „Sokoła”), nadadriatyckim kurorcie (tu dzięki aktorom Teatru Maska, którzy nas przenieśli we włoskie klimaty). Dzięki fenomenalnej obsadzie  spektaklu „W gospodzie” Pietera Turriniego, spektakl ten mimo, że świętuje dziesięciolecie od premiery – wciąż świeci i nabiera coraz większego blasku. Zapewne ma na to wpływ wciąż umacniane doświadczenie aktorskie, ale i dojrzałość sceniczna i taka prozaicznie związana z wiekiem. Podczas premiery aktorzy mieli 10 lat mniej niż dzisiaj, a jak wśród obsady byli i dwudziestolatkowie, to ile wiosen liczą dziś … łatwo policzyć. Te kilka lat więcej przedkłada się na scenie, w kreacjach, w które się wcielają, emocjach, czy nowych odkryciach psychologii postaci. Jakże inne brzmienie obierają po latach te same słowa, sceny; inaczej z ich ust padają wyznania miłości, słowa czasem bardzo mocne i niecenzuralne.  I mimo, że spektakl ten bawi do łez… to jako tragikomedia rysuje zawirowane, zabawne sytuacje, po których następuje niezwykle zaskakujące zaskoczenie, takie które nagle odziera nas z pysznego nastroju i zostawia w lekkiej boleści czy goryczy. Nie będziemy zdradzać zakończenia, a o treści spektaklu też pisaliśmy wiele. Dlatego skupimy się w szczególności na aktorach i tym niezwykłym spotkaniu „W gospodzie”.

Ten lutowy weekend z Mirandoliną (w zespole tak skrótowo mówi się o tej sztuce) zapadł nie tylko w sercach aktorów, ale sądzimy, że także w sercach widzów (zwłaszcza tych, którzy towarzyszyli nam podczas niedzielnego spektaklu). Otóż gdy kurtyna wieńcząc koniec spektaklu opadła i nadszedł czas braw i ukłonów, padły skierowane do aktorów słowa podziękowań, za ich wielomiesięczny wysiłek i poświęcenie. Niewątpliwie aktorzy czując wspaniały feedback od publiczności, grając świetnie się bawią, ale warto wspomnieć, iż 2,5 godzinny spektakl to ogromny wysiłek, kumulacja emocji, koncentracji, wysiłku fizycznego. Zważywszy, że ostatni raz aktorzy Mirandolinę zagrali 4 lata temu. Pamiętajmy, że nasi aktorzy, mimo tak doskonałego, wypracowanego latami warsztatu teatralnego – są amatorami. A to oznacza, że próby dostosowywane są typowo do możliwości czasowych, dyspozycyjności. Zawsze przyjście na próbę wiąże się z wyrwaniem dla niej czasu między obowiązkami zawodowymi, studiami, macierzyństwem i po prostu ludzkim zmęczeniem, które każdy z nas niezmiernie mocno odczuwa w tym zabieganym, pędzącym świecie.

Na szczęście aktorzy Maski kochają ze sobą pracować, kochają scenę – tworzą sceniczne kreacje i historie, bo teatr jest ich pasją. A dla Andrzeja i Marty, jak sami wspomnieli, pasją jest praca dla takiego i z takim zespołem. Dlatego doceniając trud aktorów podziękowano im za zaangażowanie i cudowne emocje, których dostarczają.  Jednak szczególne podziękowania złożono na ręce Joanny Gądek –  odtwórczyni roli Mirandoliny, dla której ten spektakl był najbardziej wyjątkowy. Aktorce wręczono kwiaty w podziękowaniu za ogromne wyzwanie, którego się podjęła będąc w stanie błogosławionym. Te słowa niewątpliwie zaskoczyły niektórych widzów. Za sprawą skrzętnie ukrytego pod fartuszkiem brzuszka i brawurowej gry aktorki łatwo było skryć bejbikową tajemnicę. Joanna ze sceny pochwaliła się cudowną wiadomością i z radością obwieściła, że Stasiu zagrał już z mamą na scenie. To było urocze i wzruszające zarazem. Trudno ująć w słowa, jak wyjątkowa była ta chwila dla nas wszystkich, której niewątpliwym kreatorem był Staś i Jego Mama.

To były dwa wspaniałe wieczory. Koniecznie trzeba wymienić wszystkich aktorów, którzy znakomicie współtworzyli sukces spektaklu i tak pozytywny jego odbiór. W obsadzie wystąpił fenomenalny Tomasz Okarmus – Fabrizio, włoski intrygant, kelner, który z ogromną lekkością i brawurą nakręcał atmosferę w gospodzie, knuł, prowokował i rozśmieszał; Ramzi Bahlawan – doskonale wcielił się w Barona de Ciccio, rozpustnego bogacza na wózku, którego język zbyt folguje w damsko-męskich relacjach, Ramzi z wyjątkowym wdziękiem wykreował obscenicznego bogacza; którego wózek niczym szalony kierowca prowadzi Spocony, czyli Traspiro  – szofer i służący, służący i szofer pokornie wykonujący polecenia barona. W tej roli ogromnie miło było znów zobaczyć Marka Stokłosę. W gospodzie obok barona pomieszkiwał (chyba na kredyt) Marchese d’Albafiorita, w tej roli niezmiennie Wacława Szwarc, który rozbrajał publiczność zabawną postacią niedojedzonego, polującego na darmowe posiłki i bogate kobiety, zubożałego arystokratę. Kluczową postacią, za sprawą której finał sztuki jest ogromnym zaskoczeniem był Cavaliere Rippafratta.  W tej roli zobaczyliśmy Mateusza Droździewicza, doskonale kreującego rolę mizogina, dla którego mundur i pogarda kobiet nadaje sens życia. Cudownie było patrzeć jak łamane są jego fundamentalne zasady, jakże to było uroczo zabawne – do czasu… Brawo Drozdku! Tu kluczową postacią finalizującą ostateczne finałowe decyzje Cavaliere był ujmijmy to… człowiek w mundurze, epizodycznie, ale ze swoimi pięcioma minutami miał dobre wejście Dominik Lisek.

Oczywiście w gospodzie, której sercem była Mirandolina chwilowo pomieszkiwały także inne kobiety. I całe szczęście, bo te dwie aktorki (aktorki Maski i aktorki w sztuce zarazem 😉 rozemocjonowały niejedno zakwaterowane w nadadriatyckiej gospodzie męskie ego. W roli Dejaniry z radością zobaczyliśmy Katarzynę Garcia Farbaniec, wcielającą się z ogromną lekkością i powabem w komediantkę teatralnej trupy „Colchi”, która szybko musiała stać się mówiącą z francuskim „r”, hrabiną. Ale dla Kasi nie ma rzeczy niemożliwych. Partnerowała jej Kinga Klimas, która także będąc podrzędną, objazdową aktorką miała przekonać gości Mirandoliny do swych arystokratycznych korzeni i posiadania ogromnych majątków. Kinga zarówno jako trzeciorzędna aktorka objazdowego teatru, jak i  „błękitnokrewa”  zauroczyła publiczność.

Może najmniej krzykliwą i najbardziej racjonalną, twardo stąpająca po ziemi była Mirandolina, właścicielka gospody. Jakże wielkiego trzeba wyczucia, warsztatu, aby móc tę „zwyczajność” pokazać, nienachalnie kokietować, uśmiechnąć się, uwieść publiczność mrugając do niej okiem, stopić najbardziej zlodowaciałe serce, czy tupnąć nogą przywołując co niektórych do porządku. W tej roli zobaczyliśmy wyjątkową Joannę Gądek. To ogromna przyjemność móc obserwować Jej kolejne sceniczne wcielenia. Jej ogromny talent i wyczucie sceny pozwala nie grać, ale po prostu być postacią. Tu nie ma blagi, maski, wyjścia z roli – Malina po prostu jest Mirandoliną, czy też Mariną („Dom z kryształu”). Za każdym razem porywa nas w cudowną podróż, a my chętnie kolejny raz damy się porwać…

Ogromne brawa dla całej maskowej obsady spektaklu „W gospodzie”, który niewątpliwie zapisał się na top liście najlepszych tytułów obranych na afisz w 27-letniej historii Teatru MASKA. Pracować z takim zespołem, przeżywać z nim chwile wzruszeń i wymykających się z reżimu prób sytuacji – to zaszczyt i przyjemność.

Prawa autorskie do sztuki „W gospodzie” Petera Turriniego, na motywach „Mirandoliny” Carlo Goldoniego w przekładzie Jacka Lachowskiego, reprezentuje Agencja ADiT https://www.adit.art.pl/start.

Reżyserem spektaklu jest Andrzej Morawa, za charakteryzację, stylizację fryzur, projekt kostiumów i scenografii odpowiedzialna była Marta Tyrpa.

Zapraszamy do fotogalerii ze spektaklu „W gospodzie”, autorstwa Jarosława Karasińskiego https://tiny.pl/dxq26

Marta Tyrpa, źródło: CKiS, fot. Jarosław Karasiński