piątek, 27 listopada 2020 Imieniny: Walery, Wilgiusz

Kulturystyka to nie tylko kurczak z ryżem

Choć w polskich siłowniach można spotkać wielu dobrze zbudowanych mężczyzn,  większość polskich kulturystów to amatorzy. Tylko trzech Polaków w historii naszej kulturystyki otrzymało tytuł zawodowego kulturysty. Dla przykładu, w USA w każdej większej siłowni można spotkać nawet 5 zawodowych kulturystów. Skąd takie dysproporcje? Czy kulturysta to tylko bezmyślne ponoszenie ciężarów? Dlaczego w Polsce mamy tylko 3 zawodowych kulturystów? Mity o tej dyscyplinie sportowej rozwieje Mateusz Raczek – utytułowany kulturysta-amator ze Skawiny.

– Jak długo trenujesz?

– Trenuję jedenaście lat, startuję od sześciu.

– Jakie masz sukcesy?

– Najważniejsze to: Wicemistrz Świata i Mistrz Polski Par Kulturystycznych. Do tego kilka innych tytułów; mniejszych i większych.

– Dlaczego wybrałeś kulturystykę?

– Trochę przez przypadek. Byłem gruby, więc poszedłem na siłownię i z czasem jakoś tak to się potoczyło.

– Jak wygląda sytuacja polskiej kulturystyki na tle świata?

– Większość zawodników w Polsce to amatorzy i startują w zawodach dla amatorów. Jak wygrasz swoją kategorie na Mistrzostwach Świata i potem jeszcze Open (czyli wychodzą wszyscy zwycięzcy z każdej kategorii), masz prawo przejść na zawodowstwo czyli mr. Olimpia. W Polsce mamy tylko 3 pro. Dla przykładu w USA do każdej większej siłowni chodzi  5 pro. Szkoda, bo posiadamy wielu bardzo dobrych zawodników, mamy Mistrzów Świata, Europy, możemy ich mieć więcej, ale brakuje pieniędzy na rozwój i promowanie tego sportu. Do tego dochodzą jakieś dziwne sytuacje w Polskim Związku Kulturystyki, Fitness i Trójboju Siłowego (PZKFITS). Działacze zamiast pchać nas w świat, zabraniają startować, każą płacić jakieś dziwne haracze za udział w imprezach albo za zdobycie karty pro, będącej przepustką do kulturystyki zawodowej.

– To rzeczywiście dziwne. Przejdźmy do organizacji zawodów. Na co zwracają uwagę sędziowie podczas zawodów?

– Jest kilka kryteriów, którymi kierują się sędziowie. Wszystko  zależy od kategorii oraz tego, czy jest to kategoria męska, czy kobieca. Podam przykład na mojej kategorii, w jakiej startowałem ostatnio, czyli kulturystyka extremalna do 90kg. Ocenie podlega przede wszystkim wielkość umięśnienia oraz proporcje sylwetki. To idzie na pierwszy ogień. Limitem tej kategorii jest tylko waga. Wiec wiadomo,  że im niższy zawodnik, tym będzie wyglądał na większego, w sensie że ma więcej mięśni. Kolejnym aspektem jest poziom odtłuszczenia sylwetki. Definicja, jakość i dojrzałość mięśni. Sędziowie oceniają również ogóle przygotowanie sylwetki pod względem estetycznym, czyli odpowiednie dobranie koloru brązera oraz sposób jego nałożenia – czy nie ma zacieków. Ocenie podlega umiejętność zaprezentowania się na scenie przez tzw. pozy obowiązkowe oraz jednominutowy układ dowolny. Zwracają również uwagę na zachowanie na scenie: czy zawodnik czuje się dobrze na scenie, nie jest spięty. I uśmiech, bardzo ważna kwestia, żeby cały czas się uśmiechać. Kulturystyka to nie tylko kurczak z ryżem i odwodnienie.

– Zdradzisz, jak wyglądają zawody „od kuchni”, czyli z perspektywy zawodnika?

– Zawody ze strony zawodnika to nic ciekawego. Odpoczywamy za sceną i czekamy na swoją kolej. Na 15 min. przed wyjściem, robimy rozgrzewkę, aby doprowadzić krew do mięśni dzięki czemu przez chwilę robią się większe, nakładamy oliwkę i mamy nasze 5 minut po 4 miesiącach przygotowań.

– Z tego, co mówisz, kulturystyka to nie tylko sport, ale styl życia: organizacja dnia, sposób żywienia…

– W każdym innym zawodzie czy hobby, trzeba jakoś zorganizować dzień. U nas różni się to tylko tym, że co 3 godziny potrzebujemy 10 min. dla siebie, żeby zjeść posiłek. To nic trudnego ani uciążliwego. Noszenie ze sobą posiłków na cały dzień, jedzenie w różnych miejsca to dla mnie nic takiego. Ludziom wydaje się, że przygotowanie takich posiłków zajmuje pół dnia. A to nieprawda. Zrobienie 12 posiłków dla mnie i mojej dziewczyny to godzina, w czasie której jem dodatkowo śniadanie. Kolejnym mitem jest spędzanie pół dnia na siłowni. Ćwiczymy 5 razy w tygodniu w czasie przygotowań do zawodów po około 90 minut,  a poza sezonem 3 razy w tygodniu po 60 minut, czyli tyle, co wieczorny film albo 2 odcinki „Dlaczego ja?”.

– Twoja sylwetka to powód do dumy, ale też zmora przy kupowaniu ubrań. Skąd bierzesz odzież w tak dużym rozmiarze?

– Z ubraniami jest ciężko. Szczególnie, że ja nie lubię obcisłych ciuchów. Największy problem jest ze spodniami. Kiedy w pasie masz 80cm, a w udzie 67 przy 175cm wzrostu, to robi się problem. Ale np. Wrangler, big star mają takie modele, w których bez przeróbek można kupić pasujące spodnie. Ja kupuję ciuchy firmy GASP, która robi odzież dla kulturystów. Jest kilka takich firm, better bodies, grilla wear minusem jest ich cena; za spodnie jeansy trzeba dać od 500 do 600 zł. Na szczęście w Polsce jest coraz więcej naszych rodzimych firm, które zauważyły nasz problem i wychodzą nam naprzeciw. Sam jestem ambasadorem marki #projekt.KAT, która robi ciuchy w dużych rozmiarach, ale nie zapomina też o kobietach i trochę mniejszych kulturystach.

– Drugie twoje hobby to tatuaże. Zastanawiam się, ile ich masz i czy wpływają one na ocenę ciebie jako zawodnika podczas występów?

– Tatuaże zawsze mi się podobały. Miałem okres w życiu, że sam tatuowałem ludzi, ale jak ręka trochę urosła, ciężko było wytrzymać kilka godzin z maszynką. Tatuaże robię w studio.  Co do ilości, to jest to jeden projekt i nie dziele tego na pojedyncze obrazy. Mam pokryte około 25% ciała, czyli całą rękę tzw. rękaw, połowę brzucha, żebra i połowę pleców, łącznie z pachą. Do tej pory miałem 22 sesje, co daje około 200 godzin tatuowania. Najdłuższa sesja to 12 godzin. Tatuaż przez sędziów jest traktowany jako wada skóry i odejmuje się za to punkty. Ale myślę, że niedługo tak już nie będzie, bo coraz więcej zawodników ma tatuaże, więc to nie ma sensu, by ich za to karać.

– Mając tak liczne sukcesy, pewnie próbowałeś uzyskać wsparcie finansowe od władz miasta?

– Próbowałem kilka razy. Bez skutku.

– Czy z kulturystyki można się utrzymać?

– Z samej kulturystyki jako takiej nie, bo za 1. miejsca są nagrody rzeczowe warte kilka złotych. Ale z całej otoczki związanej z kulturystyką, można się całkiem fajnie utrzymać. Prowadząc treningi personalne, rozpisując diety i treningi. I to wcale nie dla zawodników, ale dla normalnych ludzi, którzy chcą schudnąć albo lepiej wyglądać. Sam żyję z tego od 4 lat. Prowadzę kilku zawodników i zawodniczek z kategorii bikini fitness. Bikini fitness jest najlżejszą dla oka kategorią sportów sylwetkowych, gdzie liczy się zgrabna sylwetka, duży tyle i ładny uśmiech. Mi osobiście bardziej podoba się kategoria fitness sylwetkowe kobiet, gdzie jednak te mięśnie są lepiej widoczne, a wcale nie pozbawiają zawodniczki kobiecości, a nawet sprawiają, że jest bardziej atrakcyjna. Przecież nie ma nic lepszego niż zgrabna zadbana kobieta z wysportowanym ciałem! Prowadzę też wielu „zwykłych” ludzi, przez treningi personalne, kontrolę ich diety, motywację i ogólnie jestem do ich dyspozycji, jeśli mają jakiś problem lub pytanie. Prowadzę ludzi na żywo jak i online. W dzisiejszych czasach ta usługa nie jest towarem exclusive i prawie każdego stać, żeby wydać 200 zł miesięcznie na opiekę i być zadowolonym ze swojego ciała i życia.

Rozmawiała Agnieszka Poniewska

Mr. Olympia – zawody kulturystyczne odbywające się corocznie od 1965 roku. Są najbardziej prestiżowymi zawodami kulturystycznymi na świecie (uznawane za mistrzostwa świata zawodowców). Są organizowane przez International Federation of Body Builders (IFBB) – największą federację kulturystyczną na świecie. Jednym ze zwycięzców w konkursach Mr. Olympia był Arnold SchwarzeneggerPoczątek formularza.